Kolejny przekręt znachorów. 150 zł za badanie „żywej kropli krwi”

badanie żywej kropli krwi

„Widzę tu prawdopodobnie inwazję pasożytów. To są silne objadacze. Musi się pani dzielić z nimi pół na pół, wszystkim, co pani je” – mówi „laborantka” w białym fartuchu, interpretując wyniki badania „żywej kropli krwi”. Dodaje, że niektóre krwinki mają kształt łzy albo cytryny. „Pani jelita płaczą” – stwierdza. Cena za badanie to 150 zł. Eksperci podkreślają, że pasożytów, grzybów i bakterii nie można zobaczyć pod mikroskopem optycznym i nie mogą pojąć, jak można być tak naiwnym.

O co chodzi w badaniu żywej kropli krwi? Jak pisze gazeta.pl, odrobina krwi pobrana z palca jest wkładana pod mikroskop optyczny, a następnie pokazywana klientowi na ekranie komputera. Metoda urzeka fachowym na pierwszy rzut oka podejściem. Jest tzw. specjalista (często w białym kitlu), mikroskop, monitor, jest szczegółowy wynik, wyglądający na profesjonalny dokument z tradycyjnego laboratorium i zawierający medyczne nazwy.

„Żywa” kropla ma być, jak łatwo się domyślić, przeciwieństwem kropli „martwej”, która jest analizowana podczas standardowych badań laboratoryjnych. Kropla ma pozostać „żywa” przez około 20-40 minut. Jest podświetlana pod mikroskopem tak, aby na ciemnym tle pływały jasne obiekty. Zwykle są to naturalnie zlepiające się krwinki i przeróżne paprochy, które przez przeprowadzającego badanie zostają zinterpretowane jako groźne pasożyty, bakterie i grzyby, wymyślne choroby oraz zakwaszenie organizmu. Niektóre gabinety oferują nawet wykrywanie wczesnych stadiów nowotworu.

„Wierutne kłamstwo” w praktyce
Pod mikroskopem optycznym nie sposób zauważyć większości rzeczy, które obiecują żywokropliści. Mówienie o „zanieczyszczonej toksynami” czy „zakwaszonej” krwi jest wierutnym kłamstwem. Badanie nie jest w stanie pokazać także grzybów, pasożytów lub bakterii, nie da się za jego pomocą zdiagnozować chorób. Ta technika zwyczajnie na to nie pozwala. Wszyscy, którzy twierdzą, że jest inaczej, albo nie mają pojęcia, o czym mówią, albo celowo wprowadzają rozmówców w błąd.

Aby sprawdzić, jak badanie „żywej kropli krwi” wygląda w praktyce, poddała się mu (płacąc 150 zł) dziennikarka radia TOK FM.

„Mam we krwi inwazję pasożytów, metale ciężkie, kryształy kwasu moczowego. Pod mikroskopem widać też duże braki żelaza w krwinkach i silne objawy nietolerancji pokarmowych” – opisuje.

„Proszę zobaczyć. Wszystko się rusza. Tak jak w żyłach. (…) Widzę tu prawdopodobnie inwazję pasożytów. To są silne objadacze. Musi się pani dzielić z nimi pół na pół, wszystkim, co pani je. (…) Przy tak dużych infekcjach pasożytniczych, są duże braki żelaza. O! Proszę jak tu to ładnie widać! Widzi pani , te krwinki są jaśniejsze w środku, takie wybarwione. To znak, że brakuje w nich żelaza.” – mówi wykonująca badanie „żywej kropli krwi”.

Pani w fartuchu, pokazuje też, że niektóre krwinki mają kształt łzy albo cytryny. Tłumaczy, że to oznacza silne nietolerancje pokarmowe. „Pani jelita płaczą. Nie są w stanie poradzić sobie z tym, co pani je” – twierdzi.

„A czy pod tym mikroskopem może zobaczyć pani grzyby?” – dopytuje dziennikarka. „Oczywiście. To takie skupiska małych kuleczek. Jak drożdże w zaczynie ciasta. Zazwyczaj jest to candida” – odpowiada.

Analityk: mogę pokazać kawałek włosa i wmówić, że jest to białko pasożyta
Dziennikarka pokazała wyniki analitykowi medycznemu Mironowi Tokarskiemu, który pracuje w Zakładzie Technik Molekularnych Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Ten twierdzi, że ani pasożytów, ani grzybów, ani bakterii, ani tym bardziej nietolerancji pokarmowych nie można zobaczyć w tym badaniu. Tłumaczy, że pod mikroskopem świetlnym po prostu tego nie widać.

Wyjaśnia, że jasny środek krwinek to nie brak żelaza, a cecha fizjologiczna erytrocytów – to tzw. della – jeśli zerkniemy na strukturę 3D krwinki czerwonej, to widać, że na środku jest wyraźnie cieńsza. I to jest to przejaśnienie widoczne w mikroskopie.

Analityk zauważa, że rzekome metale ciężkie wykrywane podczas badania – jeśli w takiej ilości znalazłyby się w krwi – pacjent już by nie żył. Komentuje również temat domniemanych pasożytów. „To, co jest pokazywane w tych gabinetach, to nie są prawdziwe struktury. Bo nie jesteśmy w stanie ich zobaczyć. Mogę pani pokazać kawałek włosa i wmówić, że jest
to jakieś białko pasożyta. Na tych szkiełkach mikroskopowych mogą być różne rzeczy: fragmenty ligniny, włosy, naskórek. I to one są błędnie interpretowane” – czytamy z analizy Tokarskiego.

Konstatuje, że bardzo modne ostatnio zakwaszenie organizmu (też często wykrywane w badaniu „żywej kropli krwi”) w terminologii medycznej nazywane jest kwasicą metaboliczną – wówczas pacjent jest niewydolny oddechowo i krążeniowo i jest w takim stanie, że leży na intensywnej terapii.

Eksperci: to bujda na resorach
Już sama nazwa jest bełkotem. Krew nie jest „żywa” bądź „martwa”, to nie te kategorie – mówi w serwisie Zdrowie PAP  hematolog, prof. Wiesław Jędrzejczak. – Można sobie pooglądać zawiesinę krwinek pod mikroskopem, ale niewiele się z tego dowiemy, choćby dlatego, że będą się one na siebie nakładać – dodaje.

Tzw. naturoterapeuci twierdzą jednak, że dzięki badaniu „żywej kropli krwi” można wykryć wiele patologii. – To bujda – kwituje prof. Jędrzejczak.

Eksperci podkreślają, że faktycznie, jest możliwe, iż w wyniku badania krwi wykryta zostanie na przykład grzybica, ale dotyczy to pacjentów, np. po przeszczepieniu narządów lub tkanek, u których doszło do powikłań i mają uogólnioną, rozsianą grzybicę (stan zagrażający życiu). Ci pacjenci jednak są tak ciężko chorzy, że z pewnością nie są w stanie o własnych siłach dotrzeć do gabinetu tzw. naturoterapeuty na badanie „żywej kropli krwi”.

W innych wypadkach niektóre rodzaje grzybicy można wykryć za pomocą specjalnych odczynników w surowicy krwi. W tym wypadku, odnosząc się do terminologii naturoterapeutów, nie ma jednak mowy o „żywej kropli krwi”. Surowicę bowiem uzyskuje się poprzez odwirowanie skrzepłej krwi. To w surowicy, a zatem części składowej osocza, a nie krwinkach, znajdują się przeciwciała, m.in. skierowane przeciwko grzybom, co pozwala na stwierdzenie ich obecności w organizmie.

Burza w internecie
W kwietniu ub.r. burzę w internecie wywołała diagnoza wysnuta po przeprowadzeniu tzw. badania żywej kropli krwi. Osoba wykonująca „analizę” (biotechnolog i diet coach) stwierdziła, że we krwi dziecka są „żywe larwy”, „pojedyncze grzyby”, „liczne bakterie”; oprócz tego zdiagnozowano u niego hemolizę (rozpad czerwonych krwinek) i dysbiozę (zaburzenia we florze bakteryjnej układu pokarmowego).

Zdjęcie z wynikami tych rewelacji umieściła facebookowa strona „Uniwersytety dla nauki, pajace do cyrku”. W opisie pod zdjęciem czytamy:

„Pani biotechnolog, „coach diety” bada żywą kroplę krwi dziecka 1,5 rocznego. „Żywe larwy we krwi, metale ciężkie” wykryte mikroskopem optycznym, „grzyby”. My obstawiamy że to dziecko musi być już martwe od kilku godzin. Pani za „usługę” sobie winszuje 150 PLN. Jak myślicie? Warto?”

Pani biotechnolog, "coach diety" bada żywą kroplę krwi dziecka 1,5 rocznego."Żywe larwy we krwi, metale ciężkie" …

Opublikowany przez Uniwersytety dla nauki, pajace do cyrku 5 kwietnia 2017

Źródło: www.gazeta.pl/www.zdrowie.pap.pl/www.tokfm.pl