10 atrakcyjnych i „zajętych” osób 100 dni na tratwie. Kobiety szefowały. Efekt?

eksperyment na tratwie

W 1973 r. antropolog Santiago Genovés zabrał w ponad 100-dniowy rejs przez Atlantyk grupę 10 osób: atrakcyjnych, w związkach (zostawili drugie połówki na lądzie), z różnych krajów, kultur i grup społecznych. Na małej tratwie panował matriarchat – dowodziły kobiety. 

W filmie „Eksperyment na tratwie” dokumentalista Marcus Lindeen przypomina historię jednego z ciekawszych i dziwnych eksperymentów badawczych.

Kierownik eksperymentu, meksykański antropolog Santiago Genovés, chciał badać konflikty, które pojawią się w kryzysowych momentach w niewielkiej, zdanej tylko na siebie grupie osób. Dlatego zabrał ze sobą 4 mężczyzn i 6 kobiet na przeprawę przez Atlantyk niewielką tratwą. Powierzchnia tratwy – Acali wynosiła jedynie 12m x 7m, a łódź nie miała silnika – wyposażona była jedynie w żagiel.

Jak pisze w rozmowie z Marcusem Lindeenem dziennikarka Małgorzata Steciak (wywiad opublikowała gazeta.pl), Genovés chciał odtworzyć w ten sposób świat w skali mikro. Postanowił władzę na tratwie powierzyć kobietom – kapitanem była Szwedka, a załogowym nurkiem Francuzka. Miało to odzwierciedlić dynamiczne zmiany społeczne, jakie zachodziły w latach 70., i być próbą sprawdzenia, czy wyznaczenie kobiet na decyzyjne stanowiska będzie oznaczało mniej konfliktów. Po cichu jednak liczył na to, że obecność kobiet u władzy wywoła u mężczyzn zazdrość i frustrację.

Przez ponad 100 dni uczestnicy eksperymentu mieli spędzać ze sobą każdą chwilę (nie mieli kontaktu z nikim spoza łodzi i mieli zakaz czytania książek). Już na etapie przygotowywania eksperymentu antropolog chciał, by konflikty się rzeczywiście podczas wyprawy pojawiły. Miało się do tego przyczynić nie tylko odosobnienie, trudne warunki podróży, niewielkie rozmiary tratwy, ale także brak miejsc na łódce, gdzie można było pozostać samemu. Nawet ubikację zorganizowano tak, że wszyscy widzieli, co się w niej robi.

Poza tym antropolog dobrał osoby pod względem atrakcyjności fizycznej – miał nadzieję, że pociąg seksualny stanie się jednym z czynników wyzwalających agresję. Dodatkowe napięcie miało w uczestnikach wywoływać to, że były to w większości osoby w związkach, które na lądzie zostawiły małżonków, narzeczone czy dzieci. Poza tym uczestnicy wyprawy pochodzili z różnych krajów, kultur czy grup społecznych. W rejs wypłynęli m.in. angolski ksiądz, izraelska lekarka, japoński fotograf, młoda Afroamerykanka czy kelnerka z USA, dla której eksperyment stał się sposobem na ucieczkę od przemocowego związku.

Podczas podróży pojawił się jednak co najmniej jeden duży problem badawczy: jak badać konflikty, jeśli grupa jest bardzo zgrana i zgodna? Bo zamiast konfliktu pojawiła się zbudowana na zaufaniu więź. Uczestnicy zaczęli się ze sobą zaprzyjaźniać, niektórzy romansowali. Seks jednak nie okazał się źródłem agresji, jak zakładał Santiago.

Eksperyment Genovésa był tak źle zaprojektowany i nieprzemyślany, że raczej nie mógł skończyć się sukcesem. Szybko okazało się, że konflikty na tratwie wcale się nie pojawiały – a na pewno nie na tle seksualnym – na co najbardziej liczył naukowiec. Jedyny ciekawszy moment związany z agresją, jaki badacz zauważył, związany był… z upolowaniem rekina.

Antropolog postanowił więc prowokować konflikty – w sposób bardzo daleki od standardów etycznych. Zdradzał uczestnikom największe powierzone mu sekrety zbierane podczas cotygodniowych ankiet i zachęcał ich, by współżyli z innymi członkami eksperymentu. Ale i to niewiele pomogło. Załoga wcale nie zaczęła się ze sobą kłócić, a jedynie straciła zaufanie do naukowca.

„To nie napięcie seksualne, lecz potrzeba obsesyjnej kontroli, którą miał Genovés, doprowadziła do wybuchu agresji. I to nie u obiektów eksperymentu, ale u badającego ich naukowca, który w pewnym momencie zbuntował się przeciwko kapitance i przeżył załamanie nerwowe. Sprawy przybrały dramatyczny obrót, kiedy pod koniec rejsu tratwa znalazła się w zasięgu dużego huraganu. Maria, kapitan, podjęła decyzję o zawieszeniu eksperymentu i przeczekaniu niebezpieczeństwa w najbliższym porcie. Genovés, na tym etapie mocno sfrustrowany dotychczasowymi niepowodzeniami, przejął kontrolę nad tratwą i brutalnie odsunął kapitan od władzy. Odzyskała ją dopiero wtedy, gdy naukowiec stracił panowanie nad tratwą, i to w momencie, gdy konstrukcja była na kursie kolizyjnym z kontenerowcem. To jedyny moment, kiedy uczestnicy eksperymentu byli bliscy użycia przemocy i rozważali zamordowanie naukowca. Meksykanin na tym etapie kompletnie się załamał. Wpadł w depresję” – czytamy w rozmowie Steciak z Lindeenem.

W swoim dokumencie „Eksperyment na tratwie” Marcus Lindeen po ponad 40 latach zbiera żyjących jeszcze uczestników tej wyprawy i słucha ich opowieści o przebiegu tego – nie do końca etycznego jak na dzisiejsze standardy – eksperymentu. Filmowcowi udaje się dotrzeć do notatek zmarłego w 2013 r. Genovésa oraz do materiałów filmowych z tej wyprawy. Dzięki temu uzyskujemy unikalny wgląd w przebieg eksperymentu. I docieramy do wniosków badawczych, do których sam autor badania dotrzeć nie zdołał, chociaż były na wyciągnięcie ręki.

Antropolog pod koniec podróży nie był już w stanie szczerze i otwarcie rozmawiać z uczestnikami. A szkoda, bo – jak się dzięki dokumentowi okazuje – mieli oni wiele ciekawych spostrzeżeń dotyczących konfliktów, napięć. I dopiero w filmie – ponad 40 lat później – mają okazję przekazać swoje cenne uwagi o tym, co sprawia, że gwałtowne emocje w niektórych warunkach w ogóle nie dochodzą do głosu, ale znajdują bezpieczne ujście.

Nawet więc ze źle zrealizowanego eksperymentu można wyciągnąć ciekawe wnioski, tylko trzeba schować swoją dumę do kieszeni i trochę pogrzebać, żeby je znaleźć.

Film „Eksperyment na tratwie” prezentowany był w ramach festiwalu Millenium Docs Against Gravity.

Żródło:  www.naukawpolsce.pap.pl, www.gazeta.pl